W odróżnieniu od komedii romantycznych, w których, mniej-więcej, po kwadransie możemy się zorientować, jakie będzie zakończenie, w sporcie emocje kibicom towarzyszą zazwyczaj do samego końca rywalizacji. A czasami nawet i dłużej…

Zacięta – choć przegrana niestety – walka Justyny Kowalczyk z Marit Bjoergen na finiszu biegu na trzydzieści kilometrów pewnie zapadnie w pamięć polskim kibicom biegów narciarskich. Bohaterem całych zawodów, rozgrywanych na trasach w Lago di Tesero, został jednak Johan Olsson. Szwed zrobił bowiem ostatniego dnia mistrzostw rzecz, której się we współczesnych biegach nie ogląda – po pokonaniu około dziesięciu kilometrów z dystansu mierzącego pięciokrotnie więcej, zdecydował się na szaleńczy atak. Zazwyczaj tego typu akcje kończą się dla uciekinierów bardzo źle, bo opadają z sił i zajmują dalekie lokaty – a o medale walczą ci, którzy atakują na ostatnich kilometrach.

Uparty Olsson (na zdjęciu) jednak biegł i biegł… Pięć, dziesięć, dwadzieścia kilometrów. Przewaga to dochodziła do niemal minuty, to spadała do dwudziestu sekund. Na ostatniej pętli wszyscy zadawali sobie pytanie, kiedy w końcu pogoń dopadnie niezmordowanego Szweda. Jeszcze sześć kilometrów, jeszcze cztery, dwa… Olsson nie dał się złapać i wywalczył złoto w najbardziej spektakularny sposób, od kiedy wprowadzono w rywalizacji maratońskiej start masowy. Na mecie padł z nóg. Na dekorację przykuśtykał na sztywnych nogach, ale na trasie biegł jak natchniony, dając z siebie wszystko. Fizycznie i psychicznie, bo też ta ucieczka kosztować go musiała mnóstwo sił i stresu: czy dam radę? Czy mnie dogonią i będę kolejnym dowodem na słuszność tezy, że tak się biegać nie powinno? Zwyciężył, bo do końca nie stracił nadziei. Na mistrzostwach świata do wygrywania potrzebne jest silne ciało, ale i głowa.

A co, kiedy ciało i głowa nie wystarczą? A, wtedy jeszcze zostaje szczęśliwy zbieg okoliczności. Thomas Morgenstern nie musiał zauważyć, że Anders Bardal nie miał obniżonego rozbiegu. Nie musiał też podzielić się tym spostrzeżeniem z członkami niemieckiej ekipy. A jury nie musiało się przyznać do błędu… Ale wszystkie te rzeczy się wydarzyły, dzięki czemu nasi skoczkowie cieszyli się z brązowego medalu. Walczyć trzeba aż do końca. A czasem i dłużej…

Igor Błachut