Justyna Kowalczyk będzie musiała na swój pierwszy medal tegorocznych MŚ w narciarstwie klasycznym jeszcze trochę poczekać. Zapracowała na niego, bo jest w świetnej formie fizycznej. Problem w tym, że sama forma na podium nie wystarczy. Zwłaszcza w sprincie.

Polka nie jest zresztą jedyną wielką przegraną czwartkowych sprintów w Lago di Tesero. Aleksiej Połtoranin miał wielką szansę, by stać się drugim w historii reprezentantem Kazachstanu, który sięgnie po medal mistrzostw świata. Może nawet po medal złoty…

Oboje prezentują w Val di Fiemme świetne przygotowanie. Oboje wygrali rozgrywane na kilka dni przed mistrzostwami sprinty (techniką klasyczną, jak wczoraj) na zawodach pucharu świata w Davos. Ale medale wywalczył kto inny.

Pech? Raczej nie. Bardziej gorące głowy. Połtoranin nie nawiązał do fantastycznych osiągnięć Władimira Smirnowa sprzed lat (2 złote i 1 brązowy medal w Thunder Bay w 1995 roku), bo ruszając do biegu półfinałowego zawadził kijkiem o element aparatury startowej i go złamał. Pośpiech okazał się w tym przypadku złym doradcą.

Kowalczyk też nie musiała wdawać się w przepychankę ze Szwedką Nilsson. Ale zrobiła to, po czym w chwilę później potknęła się o własny kijek i w ten sposób pogrzebała szanse na medal.
Nie zamierzam tu psychologizować, ale większa pewność siebie być może pozwoliłaby obojgu na zdobycie medali. Świadomi swoich ogromnych możliwości, nie traciliby głowy już na starcie czy po przebiegnięciu niespełna czwartej części dystansu. Ale to tylko takie gdybanie… W każdym razie, to nie szczęścia zabrakło dziś dwójce faworytów. Szkoda, że tego rodzaju nauka polega na analizie własnych błędów.

Igor Błachut